Jak co roku, na koniec grudnia nadszedł czas podsumowań. Dzisiaj mija bowiem okrągła pierwsza rocznica poprzedniego sylwestra. Ale nie chciałbym dzisiaj skupiać się na tym co na przestrzeni tego czasu wydarzyło się na blogu, lecz skłonić Cię do refleksji nad tym czy rok to dużo, czy mało czasu?

No niby dużo….  ale żeby ustalić czy rzeczywiście, zacznijmy od początku…. a właściwie od początku wszechświata 🙂 Jeśli czas, który upłynął od tego momentu (tj. około 13,7 mld. lat) skompresować do jednego roku, to obrazowo można byłoby powiedzieć, że rozpoczynając od północy Nowego Roku:

  • 10 min po północy – następuje emisja pierwszego światła, dzisiaj zwanego mikrofalowym promieniowaniem tła,
  • pod koniec stycznia – powstają pierwsze gwiazdy,
  • w połowie sierpnia – pierwszy raz rozbłyska słońce,
  • 4 września – powstaje ziemia,
  • 1 października – powstaje na ziemi życie,
  • 15 grudnia – pierwsze formy życia wychodzą na ląd,
  • w pierwszy dzień Świąt – powstają Tatry,
  • 29 grudnia  – dinozaury mają słabszy dzień,
  • na pół godziny przed północą – pojawia się pierwszy człowiek,
  • na 7 sekund przed północą – założono Rzym,
  • na 2 sekundy  przed północą – ma miejsce chrzest Polski,
  • na ułamek mikrosekundy przed północą – zacząłeś czytać ten wpis. 🙂

Tak więc w ciągu roku wiele może się zdarzyć…. Ale mam jeszcze jeden powód, aby zastanawiać się nad tym co może zdarzyć się w ciągu roku. Jakiś czas temu zgłosiła się do mnie duża hurtownia materiałów i akcesoriów elektrycznych, z prośbą o przeprowadzenie działań optymalizacyjnych.

Klient zainteresowany był gównie usprawnieniem procesu sprzedaży w największym ze swych sklepów. Zależało mu więc, aby przygotować i wdrożyć procedury postępowania i regulaminy wynagradzania, motywujące pracowników, zapewniające odpowiednią organizację pracy i sprawność działań podejmowanych przez sprzedawców.

Żeby mieć pełne rozeznanie w problemach, które legły u podstaw poszukiwania przez Klienta optymalizacji w działalności przedsiębiorstwa, wysłaliśmy na miejsce zespół specjalistów z zakresu Lean Management, którzy mieli dostarczyć mi informacji potrzebnych do opracowania stosownych regulacji prawnych w firmie.

Na przestrzeni niemal miesiąca nasz trzyosobowy zespół Lean Management przypatrywał się każdemu aspektowi działania firmy. Zaproponował (i częściowo wdrożył) w tym czasie szereg usprawnień i zmian organizacyjnych, które z miejsca podniosły wydajność sprzedaży. Badanie to skutkowało również zmianą oprogramowania skanującego towary przy kasach, bowiem poprzednio zastosowane okazało się być źródłem wielu problemów, co ujawniły dopiero nasze badania… a z czego Klient w ogóle nie zdawał sobie sprawy.

To jednak co szczególnie utkwiło mi w pamięci z realizacji tego projektu, to jeden z pracowników. Jak wykazało nasze badanie – przez okrągły rok nie zajmował się on w ogóle sprzedażą (choć był zatrudniony jako handlowiec), lecz przez osiem godzin dziennie po prostu sobie chodził. Spacerował od półek z towarami do kasy i z magazynu do strefy pakowania towaru. 🙂

Dla klienta informacja ta nie była najmilsza, tym bardziej, że planował zatrudnić wkrótce kolejnych pracowników sprzedaży, sądząc że ten dział firmy osiągnął już maksimum swej wydajności w dotychczasowym składzie osobowym… gdy tymczasem jeden z handlowców nie pracował na zysk w firmie tylko sobie spacerował… i to niemal przez jedną czternastomiliardową wieku wszechświata 🙂

Ale jak to spacerował? 🙂 Już wyjaśniam. Oczywiście nie chodzi mi tu o konkretnego pracownika, lecz o to czym zajmowali się wszyscy pracownicy działu sprzedaży. A badanie tego aspektu działania firmy wykazało, że przez nieergonomiczne rozplanowanie przestrzeni roboczej pracownicy działu handlowego zamiast sprzedawać… zajmują się noszeniem towaru i chodzeniem do magazyny, aby sprawdzić to lub owo. Rocznie przekładało się to na jeden pełny etat osoby, która nie zajmowała się niczym innym w firmie, tylko właśnie chodzeniem 🙂

Nasz dział Lean management wydał zatem rekomendacje odnośnie zmiany „dróg” komunikacyjnych, rozłożenia towarów w magazynie, ustawienia kas itp. (nie obyło się bez wyburzenia jednej ściany 🙂 ) Pozwoliło to zaoszczędzić w skali roku ponad ¾ etatu i uwolnić dodatkowe moce przerobowe w dziale sprzedaży. Nie muszę chyba wskazywać że przełożyło się to na okrągłą sumkę, która została w kieszeni Klienta, który mógł w tej sytuacji zrezygnować z zatrudnienia dodatkowego sprzedawcy.

Dodatkowo opracowane przez nas zmiany w zakresie regulacji pracowniczych (wspomniane powyżej procedury i regulaminy wynagradzania) przełożyły się na znaczne podniesienie wydajności działań sprzedażowych przedsiębiorstwa… a Klient widząc osiągnięte efekty obecnie optymalizuje wraz z Kancelarią Derek&Flak kolejne sfery działalności firmy…. co niezmiernie mnie cieszy 🙂

Pomyśl zatem sam czy jeden rok, to długo, czy krótko? Ile niewydajnych procesów w twojej firmie przekłada się na wielkie marnotrawstwo zasobów firmy – jeśli spojrzeć na te procesy w perspektywie okresu rocznego? Czy wiesz jakie pieniądze są w ten sposób marnowane w Twoim przedsiębiorstwie?

Ale to dopiero po Nowym Roku. Póki co życzę Ci wszelkiej pomyślności w tym nadchodzącym! 🙂

PS. Informacje z początku wpisu opracowane na podstawie wyliczeń dr Stanisława Bajtlika.

W wirze przedświątecznych obowiązków zapewne musisz zająć się także zakupami. Pewnie zajrzysz również do pobliskiego warzywniaka – starej budy z blachy z odzysku, w której pan Zbyszek od lat sprzedaje najlepsze warzywa i owoce. Podejdziesz jak zwykle do lady, a sprzedawca zgrabiałymi z zimna rękami naładuje ze skrzynek chrupiącej marchwi i jędrnych pomidorów (i to takich prawdziwych, a nie tych malowanych ziemniaków z marketu).

Podziękujesz ślicznie za zakupy, pożyczysz wesołych Świąt, ale nawet przez myśl Ci nie przejdzie, że ten chudy jak szczapa, niepozorny sprzedawca, wiedzie drugie, tajne życie członka elity biznesowego establishmentu. Gdyby tylko ściągnął poplamiony fartuch. Twoim oczom ukazać mógłby się skryty pod spodem drogi garnitur…. nieco wymięty na plecach od jazdy w kubełkowym siedzeniu Ferrari. Domyśliłbyś się wówczas zapewne – patrząc na złote spinki u mankietów – że nie masz przed sobą zwykłego sprzedawcy, lecz najprawdziwszego prezesa zarządu spółki kapitałowej. 🙂

Jak to się stało, że pan Zbyszek zrobił tak oszałamiającą karierę? Czy mógłbyś podążyć jego śladami? Nic prostszego! Przepisy kodeksu spółek handlowych przewidują bowiem możliwość przekształcenia każdej jednoosobowej działalności gospodarczej w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością lub spółkę akcyjną (choć ta ostatnia opcja nie cieszy się wielkim powodzeniem). Niezależnie od rozmiarów prowadzonej działalności każdy może zatem w jednej chwili awansować na prezesa zarządu swojej własnej firmy (nawet jeśli jest to warzywniak, lub kiosk z prasą).

Tylko po co ktoś miałby robić takie przekształcenie (oprócz zyskania niekwestionowanego prestiżu, wynikającego z możliwości chwalenia się sprawowaniem nowej funkcji)?

W Kancelarii wielokrotnie prowadziliśmy tego rodzaju przekształcenia i moja praktyka wskazuje, że dokonujące je osoby korzystają z takiej możliwości w różnych celach, tj. na przykład:

  • dla ograniczenia osobistej odpowiedzialności za zobowiązania związane z prowadzeniem przedsiębiorstwa (dotyczące tak sfery zewnętrznej tj. odpowiedzialności przed kontrahentami, ZUS i urzędem skarbowym, jaki i względem pracowników firmy),
  • dla pozyskania inwestora (bowiem przy prowadzeniu działalności w formie jednoosobowej, takie możliwości są w zasadzie wyłączone),
  • dla dokonania późniejszej sprzedaży przedsiębiorstwa (tj. precyzyjniej w celu sprzedaży wszystkich udziałów w spółce przekształconej – i to zarówno dla osiągnięcia z tego zysku, ale także w celu oddłużenia przedsiębiorstwa lub pozbycia się problematycznego, przynoszącego straty interesu),
  • dla dokonania późniejszego przekształcenia w spółkę komandytową, lub wejścia spółki przekształconej do spółki komandytowej (tj. dla uzyskania efektu optymalizacji podatkowej oraz efektu mocniejszego jeszcze zabezpieczenia majątku osobistego – zobacz wpis o jednoosbowej strukturze holdingowej),
  • dla dokonania podziału przedsiębiorstwa,
  • dla formalnego dopuszczenia do interesu nowych wspólników (często tych, którzy wcześniej byli tzw. wspólnikami cichymi),
  • dla skorzystania z dofinansowania – dotacji z Funduszy Europejskich, które przewidują możliwość dotowania tylko przedsiębiorstw w formie prawnej spółek z o.o.

Tak, tak. Te wszystkie cele (i wiele innych) można osiągnąć, właśnie dzięki przekształceniu jednoosobowej działalności gospodarczej w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością.

Oczywiście, w każdym wypadku, przed przystąpieniem do przekształcenia najlepiej jest zasięgnąć porady specjalisty, który przez pryzmat swojej wiedzy i doświadczenia oceni czy najlepszą drogą do zamierzonego efektu będzie właśnie przekształcenie jednoosobowej działalności gospodarczej w spółkę z o.o.

Polecam takie rozwiązanie szczególnie gorąco, bowiem wspólnie ze specjalistami Kancelarii Derek&Flak z zakresu księgowości lub finansów oraz biegłym rewidentem (zobacz księgowość Kancelarii: Księgowi Dla Biznesu), często wskazywałem do realizacji inne scenariusze działań niż te, pierwotnie założone przez klienta. Działo się tak z różnych przyczyn, np. żeby ułatwić proces dojścia do zamierzonego efektu, zoptymalizować go kosztowo lub podatkowo, lub uniknąć pułapek czekających na drodze do przekształcenia.

Nakreślona powyżej droga do sukcesu i piastowania stanowiska prezesa zarządu stoi zatem dla Ciebie otworem. Dlatego jeśli chciałbyś – jak pan Zbyszek – przeistoczyć się w lwa biznesu, zachęcam Cię do rozważania przekształcenia jednoosobowej działalności gospodarczej w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością… a następnym razem, kiedy zajrzysz do kiosku lub warzywniaka, dobrze przypatrz się sprzedawcy. Świat pełen jest prezesów! 🙂

 

Będąc młodym prawnikiem 🙂 … a tak naprawdę, to całkiem niedawno, zgłosił się do mnie klient ze zleceniem wykasowania pamięci niektórym swoim pracownikom.

Oczywiście mamy w Kancelarii stosowną aparaturę, więc zaprosiłem pracowników klienta do nas w umówionym dniu. Prędko przygotowaliśmy salę zabiegową, zebraliśmy zespół i narzędzia medyczne (i nie tylko). Pracownik (oczywiście na czczo) ułożył się wygodnie na leżance. Pani asystentka włączyła „Cwał Walkirii” Wagnera, dla lepszego nastroju.  Wreszcie uruchomiłem najważniejszy element gabinetu zabiegowego – wielką szafę robiącą „Ping!”. Wszystko było już gotowe do rozpoczęcia zabiegu. Czym prędzej przystąpiłem więc do wszczepienia w mózg pracownika implantu kasującego pamięć.

Tak naprawdę to nie! …Tak naprawdę to było trochę inaczej, ale od początku. 🙂

Klient rzeczywiście miał poważny problem. Prowadzi dużą firmę handlową i w dziale sprzedaży zatrudnia wielu pracowników. Ostatnimi czasy zdarzyło mu się również zatrudnić parę osób będących byłymi pracownikami działu sprzedaży firmy konkurencyjnej. W krótkim czasie poprzedni pracodawca zorientował się co porabiają obecnie jego byli podwładni i dał do zrozumienia, że posiada na swych usługach prawnika i nie zawaha się go użyć! 🙂

A zrobił to poprzez skierowanie ze swojej  kancelarii prawnej do naszych pacjentów… tzn. pracowników, listów nakazujących skasowanie im z pamięci wszystkiego czego dowiedzieli się o branży i klientach przez poprzednie lata pracy. Zgodnie z treścią listu nie mieli zatem pamiętać o jakichkolwiek technikach sprzedaży, o kontrahentach byłego pracodawcy (nawet o takich, których poznali także na stopie towarzyskiej), o asortymencie, którym tacy kontrahenci byli zainteresowani itp.

Co więcej, w listach tych nakazywano także, aby przeglądając Internet, czy też korzystając z innych ogólnie dostępnych baz danych o firmach (np. z książek telefonicznych), pracownicy Ci nie widzieli tam kontrahentów byłego pracodawcy i nie próbowali nawiązać kontaktów zawodowych korzystając z takich źródeł. 🙂

Nie zastosowanie się do treści listów obwarowane było oczywiście daleko idącymi sankcjami odszkodowawczymi, a nawet odpowiedzialnością karną byłych pracowników za naruszenie tajemnicy przedsiębiorstwa (w rozumieniu ustawy z dnia 16 kwietnia 1993 o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji).

Nie można więc dziwić się przerażeniu osób, które takie listy otrzymały, bowiem okazało się że wiedza i doświadczenie (w tym rozeznanie na rynku sprzedaży określonych towarów), jakie zdobyły przez wiele lat pracy u poprzedniego pracodawcy są nie do wykorzystania w nowym miejscu pracy. Ponadto obawiały się, że jakiekolwiek „czynności sprzedażowe” wykonywane u nowego pracodawcy mogą spowodować finalnie wytoczenie przeciwko nim procesu przez byłego pracodawcę. Sparaliżowane strachem nie wiedziały więc co mają w tej sytuacji zrobić.

Na prośbę Klienta, aby chronić jego pracowników przed roszczeniami byłego pracodawcy, opracowaliśmy zatem w Kancelarii procedury i regulaminy, w których określiliśmy między innymi: sposób podejmowania kontaktów z klientami, sposób posługiwania się informacjami handlowymi, formułowania ofert, przetwarzania informacji w bazach danych, organizacji akcji promocyjnych, wynagradzania nowo zatrudnionych pracowników, prezentowania informacji o zakończeniu i rozpoczęciu zatrudnienia itp.

Działania te w praktyce uniemożliwiły byłemu pracodawcy formułowanie jakichkolwiek roszczeń względem pracowników naszego Klienta. Uzyskali oni także pewność, że stosując się do opracowanych procedur, nawet w wypadku próby podjęcia jakichkolwiek działań w tym zakresie przez zatrudniające ich poprzednio przedsiębiorstwo, wysiłki takie skazane będą na niepowodzenie ze względów dowodowych.

Kasowanie pamięci poprzez interwencję chirurgiczną okazało się więc zbędne (choć trochę żal, że ta maszyna robiąca „Ping!” się tak marnuje 🙂 ). Wystarczające okazało się opracowanie odpowiednich procedur i regulaminów.

Nie pisałem o tym wcześniej, ale jest rzeczą oczywistą, że powyższa wiedza o procedurach i regulaminach objęta jest ścisłą tajemnicą i należy zapomnieć ją niezwłocznie po przeczytaniu tego tekstu. Zatem skoro jesteśmy już przy kasowaniu pamięci, proszę zajrzyj tutaj i skup się na chwilę na obrazie. 🙂

Choć każdy może na własną rękę doskonalić procesy we własnym przedsiębiorstwie, postanowiłem napisać dzisiaj parę słów o tym dlaczego warto skorzystać w tym zakresie z pomocy specjalisty. Inspiracji do niniejszego tekstu dostarczyły mi między innymi opowieści ekspertów kancelarii Derek & Flak, którzy wysyłani na pierwszą linię frontu (czyli do przedsiębiorstw Klientów 🙂 ) często stykają się z przykładami nieprawidłowej optymalizacji prowadzonej w firmach i opowiadają o swoich doświadczeniach na naszych kancelaryjnych zebraniach.

Niezależnie od tego, czy jest to specjalista zajmujący się Jeż?prawem, podatkami, księgowością, analizą finansową, czy lean management – jedno jest niezmienne. Wszyscy co jakiś czas wskazują, że proponując klientom pewne rozwiązania słyszą: „u nas to już było wprowadzanie i nie działa”, „była już taki dyrektor i próbował nam to i tamto poprawić, ale nie dało rady”, albo „to dobre dla dużego zakładu, a my jesteśmy małą firmą i dlatego u nas to nie działa”. Nie działa, nie działa i nie zadziała…… 🙂

Takie nastawienie zamyka oczywiście wszelką drogę do optymalizowania działalności firmy metodą, która nie dała rezultatów. Kiedy jednak przyjrzeliśmy się w Kancelarii przyczynom takiego stanu rzeczy i próbowaliśmy dojść powodów takiego nastawienia Klientów, okazało się, że jest nim zwykle nieprawidłowa implementacja prawidłowo dobranych metod. Często okazywało się, na przykład, że działaniami optymalizacyjnymi zajmowały się osoby odgórnie do tego wyznaczone (bez wewnętrznego przekonania), a bardzo często także bez odpowiedniej wiedzy i doświadczenia.

Efekt: nie dość, że przez brak wiedzy i umiejętności nie mogły one w sposób prawidłowy przeprowadzić procesu optymalizacji, to jeszcze swoimi niewłaściwymi działaniami utwierdziły kadrę zarządzającą firmą w przekonaniu, że dana metoda nie działa. Oczywiście przyczyna tego stanu rzeczy pozostaje zwykle niezauważona. W momencie porażki we wprowadzaniu optymalizacji zaczyna się natomiast nerwowe poszukiwanie powodów niepowodzenia. Rzadko jednak przyczyna klęski diagnozowana jest prawidłowo.

Bardzo wyraźną tendencją jest natomiast, że jeśli projekt optymalizacyjny prowadziła osoba zatrudniona w strukturze firmy (a nie konsultant z firmy zewnętrznej),  to ten „wyszukany” powód porażki jest zwykle taki, który pozwoli zachować twarz osobom odpowiedzialnym za prowadzenie projektu optymalizacyjnego. Stąd właśnie zazwyczaj pojawiają się odniesienia do: „za małej firmy”, „za małych obrotów”, albo zdania typu: „to działa tylko w sprzedaży, ale nie w usługach” itp. 🙂

Z własnego doświadczenia mogę podać przykład, gdy w ramach działań optymalizacji prawnej wspomniałem Klientom o jednym z narzędzi Lean management, a dokładniej o metodzie zwanej z japońskiego: Kaizen. Władze spółki zainteresowały się tym tematem i postanowiły wprowadzić Kaizen we własnym zakresie. O efektach za chwilkę, a teraz krótkie wyjaśnienie czym jest Kaizen.

W wielkim uproszczeniu Kaizen to ciągłe doskonalenie, wdrażane cały czas, wszędzie i przez wszystkich pracowników. Obrazowo mówiąc jest to oliwienie każdego, nawet najmniejszego trybu w maszynie przedsiębiorstwa. Jednym z narzędzi takiego doskonalenia są wnioski optymalizacyjne, składane przez pracowników każdego szczebla.

Każdy pracownik ma w swoim stanowisku pracy coś, co może nieco udoskonalić (a poza tym pracownik na swoim stanowisku pracy widzi także to, czego nigdy nie będzie w stanie zauważyć kadra zarządzająca). Suma zaś takich udoskonaleń wprowadzana przez wszystkich pracowników może skutkować olbrzymimi oszczędnościami, skokiem jakości produkcji lub świadczonych usług. To wszystko docelowo zapewne przełoży się na przewagę konkurencyjną firmy na ryku i jej sukces finansowy.

Żeby jednak każdy w firmie nie robił tego, co wydaje mu się słuszne z jego punktu widzenia, konieczne jest aby ktoś koordynował działania i decydował, które propozycje optymalizacji wprowadzać w życie, a które nie. Inaczej powstałby kompletny chaos. 🙂

Dlatego właśnie zwykle stosuje się prostą metodę zapobiegającą takiemu stanowi rzeczy. Wnioski z propozycjami udoskonaleń zbiera się w skrzynce zawieszonej w ogólnodostępnym miejscu, do której każdy z pracowników może wrzucić swoją propozycję. Wnioski oceniane są przez koordynatora lub osoby zarządzające firmą, a wybrane kierowane do realizacji.

Jak widzisz, w opisie narzędzie to wydaje się bardzo proste. Wróćmy teraz do owej spółki, która podjęła się jego implementacji. Po trzech miesiącach spytałem wspólników o wyniki podjętych działań. Odpowiedź była taka: „nie działa!”. Okazało się, że przez trzy miesiące działania owej skrzynki na wnioski, znalazła się w niej tylko jedna propozycja optymalizacji zgłoszona przez pracownika, o mniej więcej takiej treści: „Dobrze byłoby, gdyby pracownicy dostawali vouchery do SPA” 🙂 W tej sytuacji, żeby nie urazić Klientów musiałem zgodzić z ich stanowiskiem, lekko uśmiechając się pod nosem: „Racja! Ewidentnie nie działa!”. 🙂

Dla porównania – w przedsiębiorstwie o zbliżonej strukturze organizacyjnej i poziomie zatrudnienia, gdzie specjaliści Kancelarii Derek & Flak wprowadzali Kaizen, uzyskaliśmy w takim samym okresie czasu ponad 70 wniosków optymalizacyjnych, z których znaczna część została nawet w tym czasie zrealizowana, bowiem wymagały praktycznie zerowego nakładu finansowego i czasowego dla ich wprowadzenia w życie (przy czym osiągnięte miesięczne oszczędności opiewały po tym czasie na sumę kilku tysięcy złotych).

Powyższy przykład pokazuje, że nie wystarczy mieć pojęcie, jakie są założenia teoretyczne działań, trzeba wiedzieć jak tą teorię przełożyć na praktykę. Nadal nie wierzysz, że tak właśnie jest? Potrzebujesz dodatkowego przykładu? Proszę bardzo! 🙂

Zauważyłeś już zapewne portret „jeża” na początku tego tekstu. Historia tego obrazu jest niezwykła. Przedstawione malowidło znajdowało się na ścianie kościoła Santuario de Misericordia w hiszpańskiej miejscowości Borja. Choć ciężko w to uwierzyć, to nie jest to dzieło sztuki nowoczesnej, lecz fresk z XIX w. malarza Eliasa García Martíneza, zatytułowany: „Ecce Homo” (Oto człowiek).

W 2012 r. miejscowe centrum sztuki starało się o rządową dotację na jego renowację, bowiem był on mocno już nadgryziony zębem czasu i wyglądał tak.

Porównanie - polskatimes.pl

Wreszcie udało się uzyskać rządowe wsparcie dzięki któremu malowidło miało wrócić do dawnej świetności. Gdy jednak przedstawiciele centrum sztuki udali się, aby ostatecznie ocenić zakres prac, koniecznych dla odrestaurowania dzieła, zastali tam wskazany powyżej portret „jeża” 🙂 Informacja o profanacji błyskawicznie pojawiła się w mediach. Gazety używały dla opisu sytuacji nawet prześmiewczego określenia: „Ecce Mono” (oto małpa), a w Polsce: „jeżus”.

Wszczęto dochodzenie, które wkrótce wykazało, że „odrestaurowaniem” fresku – zamiast profesjonalnego konserwatora zabytków – zajęła się mieszkająca niedaleko kościoła 80-cio letnia staruszka, która chciała przywrócić działu dawny blask. Wiedziała mniej więcej tyle, że aby przywrócić malowidło do pierwotnego stanu trzeba: a) moczyć pędzel w farbie i b) mazać pędzlem po ścianie. Myślała, że to wystarczy…. 🙂

Choć niektórzy mogą uśmiechnąć się czytając o tej sytuacji, to sędziwa autorka nie miała powodów do śmiechu. Za swój wybryk stanęła bowiem przed sądem. Pozytywnym „skutkiem ubocznym” jej działalności twórczej jest to, że „malowidło” oglądane jest obecnie przez 40 tyś. turystów rocznie. Dzięki temu wspomagane są instytucje charytatywne (z zysków uzyskanych ze sprzedaży turystom biletów do kościoła) i będzie tak pewnie jeszcze długo, bowiem specjaliści orzekli, że fresku nie można już przywrócić do stanu pierwotnego.

kościół - tripadvisor.com

Mając w pamięci powyższy przykład, jeśli będziesz chciał optymalizować działalność swojego przedsiębiorstwa, a nie będziesz miał pewności, czy masz dostateczną wiedzę i doświadczenie… najlepiej skorzystaj z pomocy specjalisty od optymalizacji działalności firm 🙂

Czy za którąś z masek stoisz Ty?

Dzisiaj będzie coś dla fanów motoryzacji  i celebrytów, a dokładniej parę słów o regulaminie użytkowania samochodu służbowego 🙂 Brzmi dziwacznie i takie jest zamierzenie, więc zacznijmy od początku.

Mówi się, że celebryci to mają klawe życie. Ciągłe rauty, bankiety i melanże, a do tego pieniądze i przychylne spojrzenia ze strony przedstawicielek/cieli płci przeciwnej. 🙂 Ale nie jest tak do końca. Weźmy na przykład takiego Johna Malkovicha. Jeśli widziałeś kiedyś film: „Być jak John Malkovich”, to dobrze wiesz, że na piętrze nr 7 i pół pewnego wieżowca, w biurze, za szafą na segregatory znajduje się tajne przejście do głowy tego aktora. A, kto chciałby żeby po odsunięciu szafy byle pętak wchodził mu do głowy kiedy tylko zechce i podglądał jego życie?

A teraz pomyśl, że w twoim biurze, za szafą również znajduje się takie przejście, tylko że tym razem nie prowadzi ono do świadomości żadnego celebryty, tylko do głowy Twojego pracownika i to w chwili gdy przemierza nasz piękny kraj służbowym samochodem. Jaki obraz ukazałby się Twoim oczom po odsunięciu szafy, gdybyś mógł spojrzeć na świat oczami tego pracownika i usłyszeć jego myśli?

Może taki:

„W radiu leci świetny rockowy kawałek, więc podkręcam radio na full. Coś tłucze się w silniku od tygodnia, więc przynajmniej nie będą mnie te zgrzyty tak kłuły w ucho. Poziom charkotu wydobywającego się spod maski osiąga już chyba swoje maksimum i jeśli będę miał odrobinę szczęścia to awaria rozłoży samochód jutro… hehe… gdy będzie nim jeździł Roman z działu zakupów. Dobrze, że nie zgłosiłem tej usterki szefowi! Jeszcze zarzuciłby mi, że to moja wina, bo nie szanuję samochodu… co oczywiście jest prawdą… a tak Romanowi się oberwie. I dobrze, bo wyjada wszystkie firmowe cukierki z szafki w kuchni… a szczególnie te anyżkowe, za którymi najbardziej przepadam. 🙂

Uruchomiłem klimatyzację typu korbotronik i przez otwarte okno wiatr mile rozwiewa mi włosy na łokciu i przedramieniu. Wiejska droga jest pełna dziur i wybojów, dlatego profilaktycznie dodatkowo przyspieszam, żeby skacząc po grzbietach asfaltowych muld mniej odczuwać wibracje i uderzenia nawierzchni w zawieszenie… lub może na odwrót. Przede mną pojawia się ostry zakręt! Czerwono biały znak sygnalizujący niebezpieczeństwo zbliża w ogromnym tempie. Pilot w mojej głowie, którego nie powstydził by się Sebastian Loeb, bezbłędnie podpowiada: piątka w lewo 130, tnij przez szczyt. Robię lekkie dohamowanie na dojeździe i biorę wiraż na skraju utraty przyczepności. Piszczą opony, których bieżnik jest już tylko mglistym wspomnieniem….. No co poradzę na to, że uwielbiam zapach palonej gumy o poranku!”. 🙂

I w tym miejscu zlany zimnym potem wychodzisz z otworu za szafą 🙂 Co sobie pomyślisz? Pewnie wiedząc już co dzieje się z autami firmowymi dojdziesz do wniosku, że już czas, aby w przejrzyste ramy ująć to,  w jaki sposób pojazdy w mojej firmie mają być użytkowane. W szczególności, jak mają być zgłaszane usterki, w jaki sposób pojazd powinien być zdawany lub pobierany, tak aby wiadome było kto odpowiada za taki, a nie inny jego stan.

To wszystko (i wiele innych kwestii) powinno znaleźć się w regulaminie użytkowania samochodu służbowego, po to by samochód nie przypominał kupy złomu po roku lub dwóch korzystania z niego w firmie. Przede wszystkim zaś żeby pracownicy wiedzieli jakie są zasady dbania o służbowe mienie i mieli świadomość istnienia jasno określonych obowiązków, jakie wiążą się z jego używaniem.

Regulamin taki to także odpowiedni instrument dbania o wizerunek firmy. Pamiętaj, że brudny samochód nie najlepiej świadczy o porządku w przedsiębiorstwie… a poza tym mniej widoczne są napisy reklamowe na samochodzie, a po to w końcu zostały tam umieszczone żeby bez przeszkód je podziwiać. 🙂

Dobrze napisany regulamin użytkowania samochodu służbowego obejmuje bardzo szeroki zakres nieprzewidzianych sytuacji, które mogą negatywnie zaskoczyć pracodawcę w związku z oddaniem pracownikowi (w rozumieniu także tych osób, które „zatrudnione są” na podstawie umów cywilnoprawnych, w tym także w ramach tzw. samozatrudnienia) do dyspozycji firmowych czterech kółek.

Można tu przytoczyć tytułem skromnego przykładu  następujące sytuacje, w których powinien on ochraniać interes pracodawcy:

– możliwość dochodzenia roszczeń odszkodowawczych w wypadku odmowy przez ubezpieczyciela wypłaty odszkodowania za skradziony pojazd z powodu jego złego zabezpieczenia przez pracownika, lub pozostawienia przez niego w samochodzie dokumentów lub kluczyków,

– ustalanie zakresu możliwego użytkowania samochodu do celów nie związanych bezpośrednio z czynnościami zawodowymi pracownika,

– ustalanie możliwości prowadzenia zdalnego monitoringu sposobu korzystania z pojazdu (przez GPS),

– ustalanie zakresu szkód powstałych w pojeździe oraz osób odpowiedzialnych za ich pokrycie.

Szczególnego znaczenia regulamin użytkowania samochodu służbowego nabiera względem osób korzystających z tzw. niepracowniczych form zatrudnienia (umowy cywilnoprawne oraz tzw. samozatrudnienie). O ile bowiem względem pracowników przepisy prawa pracy formułują ogólne zasady odpowiedzialności za mienie powierzone im przez pracodawcę oraz obowiązek stosownej dbałości o jego stan, o tyle względem osób nie zatrudnionych na podstawie umowy o pracę brak jest takich jednoznacznych uregulowań (zastosowanie mają ogólne przepisy prawa cywilnego).

Kończąc ten wpis chciałem powiedzieć Ci także, że w opisanym dziś regulaminie obowiązkowo zakazane powinno być także używanie w pojeździe słów takich jak: „śmiało” i „ogień” 🙂 Stwórz i wprowadź więc w swoim przedsiębiorstwie regulamin użytkowania samochodu służbowego, zanim w jego kabinie zasiądzie duet taki jak na tym filmie 🙂